Przygoda na Atoczy, czyli wszystko to co w nas najpiękniejsze…

demon/ Luty 6, 2017/ Zestaw opowiadań emigracyjnych

Witam!

Na samym początku chciałbym wyjaśnić ,że chodzi mi o Atocha, największy węzeł komunkacyjny Madrytu, który „zasłynął” na całym świecie w roku 2004, kiedy to islamisci zdetonowali tam swoje bomby.
Celowo napisałem Atocza, ponieważ będzie to wpis o Polakach, a my Polacy lubimy spolszczać niektóre końcówki. Poza tym jak kogoś to razi to niech się buja i znajdzie sobie inny blog.
Wracając do tematu, historia ta wydażyła się w 2009 roku.Od razu pragnę zaznaczyć ,że nie brałem w niej udziału, lecz poznałem ją z przekazów ustnych ludzi, którzy bezpośrednio w niej uczestniczyli.Dlatego z góry przepraszam jeżeli cos umknęło mojej pamięci, albo jężeli poprzestawiałem jakieś fakty , ale pamięć ludzka zawodna jest ,zwłaszcza pamięć kogoś, kto bardzo kocha życie i wszelkie używki ,jakie ono niesie…
Tak więć ja i trzech moich compañeros umówiliśmy się ,że w piątek po pracy będziemy celebrować starą polską tradycję, jaką jest utopienie wszystkich naszych smutków w morzu alkoholu(zawsze sie znajdzie jakiś smutek – a bo emigracja , a bo moja stara dziewicą nie była ,etc.etc…).
Niestety w czwartek po południu dostałem telefon od właścicielki mieszkania, które wynajmowałem, że następniego dnia pojawi sie malarz , żeby pomalować ganek, więc lepiej będzie jak sobie wezmę wolne na cały dzien. Tak też zrobiłem , z cichą nadzieją,że malarz może się wyrobi do obiadu i zdążę na popołudniową libację.. zabawe znaczy się…
Malarz przyszedł owszem , lecz na moje nieszczęście był to leniwy Machupichu (czyta sie maciupiciu), czyli emigrant z Ameryki Południwej ,mówiąc w skrócie.
Kurwa mać!! Nie było szans ,żeby sie wyrobił, a właścicielka chaty jednoznacznie dała mi do zrozumienia ,żebym nawet nie próbował się go pozbyć, bo chłopisko maluje prawie za darmo i nie targuje sie o cenę.
Chcąc nie chcąc koledzy musieli pójśc sami w tournee po Madrycie , podczas gdy ja poznawałem lepiej mojego nieproszonego gościa.
Początkowo ze złości , pózniej już tylko z przyjemnością otwierałem nowe browarki, dzieląc sie sprawiedliwie z moim nowym przyjacielem.Za każdym razem ,gdy napełniałem jego szklankę slyszałem wypowiadane z pasją słowa – „tu eres un artista!”, co znaczyło dosłownie ,że jestem artystą. Przez skromność nie zaprzeczałem…
Przeniesmy się jednak do głównego wątku ,czyli wyprawy chłopców do miasta.
Zaraz po opuszczeniu mojego mieszkania ,zdobywcy Madrytu udali sie do polskiego sklepu w celu zakupienia polskich towarów , bo jednak hiszpańska wódka to nie to samo – słabsza i wogóle…
Kilka butelek pózniej , po obmyśleniu nowych planów na życie (wiadomo, że po alkoholu przychodzą do głowy najlepsze plany na życie) , wszyscy zgodnie stwierdzili, że czas się pożegnac i złapać ostatnie pociągi do domu. Wiadomo- droga długa, więc zaopatrzyli się jeszcze w „suchy-mokry prowiant”, a i barów po drodze bez liku, więc ze śpiewem na ustach ruszyli w podróż swego życia.
Na wspomnianą wyżej Atoche weszli juz mocno…zmęczeni przeżyciami mijającego dnia.
Acha ,zapomniałem dodać ,że każdy mieszkał w innym miasteczku pod Madyrtem, ale wszyscy musieli złapać swój pociąg na wspomnianej wyżej stacji.Lećmy więc dalej.
Ochrona Renfe (Renfe – hiszpańska kolej), widząc nowoprzybyłych, a w zasadzie to co z nich zostało, przeczuwając nadchodzące problemy za nic nie chciała ich wpuścić do środka.Słowna perswazja nie działała na już mocno przemęczone umysły moich kolegów, którzy raz za razem próbowali sforsować bramki w innych miejscach stacji. Za każdym jednak razem słyszeli zdecydowane: NO! FUERA! (czyli mniej więcej , NIE ! SPADAĆ!).
Sęk w tym , że chłopcy nie mieli wyjścia , tylko z Atochy mogli wrócić do domu lub taksówkami, co nie wchodziło wogóle w rachubę, bo po pierwsze było to bardzo drogie , a po drugie nikt nie powiedział, że taksówkarz widząc w jakim są wstanie ,wpuści ich do samochodu.
Nic to ,trzy tęgie umysły widząc ,że konwencjonalnymi sposobami nic nie wskórają zaczęły obmyślac super plan, który miał tylko potwierdzić powrzechnie znaną już tezę ,że Polak(Polonus) potrafi!!!
Plan mniej więcej przedstawiał się tak: ” widzielismy jak ktoś chował bombę na Atocha ,a jak nam pozwolicie wrócic do domów to powiemy wam gdzie”.
Do przekazania tej wiadomosci ochroniarzom został wytypowany najodważniejszy z nich , czyli po prostu najbardziej najebany.
Zanim skończył mówić słowo „bomba”, leżał już skrępowany na ziemi, zasłaniając się przed kopiącymi go buciorami ochroniarzy, podczas gdy ich koledzy z innych części stacji dobiegali i przyłączali się do zabawy.
Podczas całej akcji najtrzezwiejszy z bohaterów tej opowieści stwierdził , że warto by mieć pamiątkę z całego wydarzenia i wyjął telefon w celu nagrania filmu i porobienia zdjęć. Pierwsze ,co zobaczył w obiektywie było pięścią policjanta ,która zrobiła mu miazgę z telefonu i porysowała troszeczkę jego piękną, słowiańską twarz.On także wylądował na ziemi, aczkolwiek uniknął już losu swojego kolegi, który jeszcze długo po tej przygodzie odczuwał niedogodności związane z odbitymi żebrami.

Teraz najlepsze. W tym samym czasie najsprytniejszy z nich ( bo najodważniejszy i najtrzezwiejszy juz zostali wyeliminowani z gry) stwierdził, że w całym tym zamieszaniu pojawiła sie okazja , by przeskoczyć przez bramki i dostać się na wymarzony pociąg.
Jak pomyślał tak zrobił, co samo w sobie okazało sie wyczynem karkołomnym i niezwykle ryzykownym,gdyż bramki były na wysokości pół metra,a biorąc pod uwagę jego stan , stanowiło to nie lada wyzwanie. Modląc sie do wszystkich słowianskich bóstw wziął głęboki wdech i przeskoczył przeszkodę ,zwracając tym na siebie uwagę ochrony , która zajęta dotąd jego kolegami, kompletnie miała go gdzieś. Zrozumiawszy po niewczasie swój błąd, najsprytniejszy podjął próbę ucieczki, a że ucieczki ciężkie są i wiele może się przydażyć po drodze, jemu także się coś przydażyło.A mianowicie zachciało mu sie siku…O naturo złośliwa!!! Teraz?! No cóż, z naturą nie wygrasz , więc nasz uciekinier zwolnił, po czym zatrzymał sie całkowicie i oddał mocz w miejscu, w którym stał, czyli w pasażu handlowym.
Jak sie zapewne domyślacie, trzeci z naszej trójki bohaterów został oczywiście pojmany i podzielił los swoich przyjaciół, aczkolwiek nie do końca… Dwójka pierwszych, z przekazanych mi informacji, spędziła weekend korzystając z gościny madryckiej policji, zaś trzeci leżał przypięty pasami na obserwacji psychiatrycznej z zamontowanym cewnikiem.
Ja zaś spedziłem weekend może nie do końca tak jakbym chciał, ale za to we własnym łóżku, z pomalowanym gankiem i bez rurki w fiucie…

Jaki z tego morał?
– nie zawsze Machupiuchu musi być posłańcem złych wiadomości,
– słowo „bomba” jest słowem absolutnie niewskazanym na Atocha,
– alkohol niszczy szare komórki…ale kurwa tylko te najsłabsze!!!

Ciao!

Zdjęcie Madrid-Atocha zapożyczone z www.elmundo.es

Be Sociable, Share!